Ile rąk, ile spojrzeń,
ile melodii trzeba w śnie -
Nie wiem ja i ty nie wiesz,
i nikt wiedzieć nie może,
ile rąk, ile spojrzeń,
ile melodii -
kto wie?
Czy na łodydze z zapachu i barwy,
czy na liściu płaskim, który wyrzeźbił wiatr
i czy naprawdę zielonym blaskiem, czy naprawdę -
przez jedną chwilę czy przez wiele lat?
A przez westchnienia leniwych żmij
zwiniętych płasko w księżycowej mgle,
a przez usta syczące jeżyn,
a przez kwiaty wysokie i prężne
iść źle.
Więc śpij -
Czy wcześniej, czy później nocą ci się przyśni
koronkowy fosforyczny kształt -
Nikły płomyk leśny biały sen wyciśnie
i obudzisz się z otwartą dłonią, jakbyś zerwać i pogonić chciał.
Więc śpij -
Pożeglujesz powiekami wstecz
i ramiona wyrzucisz za krawędź -
a tam - z puchu księżycowy mlecz
tańczy w igłach drzew chwiejnych i barwnych.
Mchy spienione suną jak obłoki
przygwożdżone łodygami grzybów -
nie odróżnisz - płomyk jest podobny
do malutkich owadów nieżywych.
Pożeglujesz powiekami naprzód
i ramiona utulisz jak dziecko -
może zawołasz do kwiatu, lecz nie odpowie ci na to -
i zapłaczesz
w księżycowym mleczu.
Ale to nic, tak trzeba,
tak trzeba, abyś nie wiedział,
ile rąk, ile spojrzeń,
ile melodii w śnie -
aby znaleźć, aby dotrzeć
i oprzeć powieki najprościej
o koronkowy fosforyczny kształt.
Więc śpij -
Przecież nikt wiedzieć nie może,
a ty byś chciał?
Jakże takimi dłońmi utrzymasz pierś mleczną
maleńki! - Przecież niełatwo...
W żyłach matki jak w mapie drogę sobie wybierasz
i spokojny - wszak nazwali cię człowiekiem -
słuchasz krwi jej. Pięknie szumi twa matka.
Jest jak strumień ciepły i bukiet,
a ty - ryba, koncha lub owad,
mlecznych światów w zadumie słuchasz,
tam kształt pierwszy się zaczął rysować.
Nie bój się rzeczy niedobrych,
do spokoju ich prosto się przytul,
od kołyski znajomy powrót
poprzez głosy zielone i skrzypy.
Zanim stopkami do miejsca dotrzesz,
gdzie prawda będzie jak pień drzewa szorstka,
porzucisz strumień najsłodszy
i miękką zabawkę z włosa.
I zmienisz imię. Zostaniesz tylko upartym lub wątłym,
jak niegdyś żołnierzy z ołowiu siebie popędzisz do marszu,
zbudujesz dom -będzie większy, piękniejszy od tego z klocków,
lecz ci i dom nie wystarczy.
Jakże takimi dłońmi, na których zawiła mapa,
ciągle jeszcze maleńki! - utrzymasz kształt własny?
Już dawno wyciekł szum, piękny szum i matka
wygasła.
Kiedy ziemia cię woła każdym ziarnem jak wargą,
ty powierzasz się oczom wyrzuconym jak mosty,
cieniem własnym się chwiejesz, głos dobywasz z oparu
i jak próchno rozświetlasz twarz swą coraz widoczniej
I usypiasz w ramionach pustkę, której się lękasz;
nie wiesz tylko, jak wiele snu ci dadzą i kiedy -
Nie myśl. Starczy. Odmierzą, mój chłopaczku maleńki,
i położą w wieczności miękkiej, czystej jak śniegi.
Może skąpić ci będą, ale bardzo miłować
i odmierzą ci ładnie w metal śmierci warczącej,
wtedy dłonie podniesiesz i znów dźwigniesz na nowo
strumień mleczny.
Jak Atlas będziesz dźwigał bez końca.