Z tamtej strony, gdzie mała kolumna
nieba świeci, u stóp ziemi drętwej
my jesteśmy. Pomyśl: sen i ból nasz
napojony pulsowaniem rzeki,
kwiatów szmerem w powietrzu nietrwałym
słyszysz jeszcze prosty jak organy.

Czas, co smutne ciało ma weselić,
kłosy zgina niebieskie jak dachy
miasta twego i obłoków kielich
chyli w młodość muzyczną. Więc w blasku
rzeczy stoisz, w rękach nić pejzażu
wijesz jasną, jak my złe żelazo.

Ach, tak się dziejom jutrzennym napatrz,
jak my twarze w płomieniu kute
zwracaliśmy, gdzie grom swoje światło
jak fontanny podnosił łódkę.
Lecz się kochać nie ucz tych ogni,
bo sen łatwy - lecz smutek pod nim.

Bo wystarczy nam jedna ziemia,
choć stron cztery i nieba obszar
dziwnie płaski stoi jak z cienia.
Tylko jednej za mało miłości,
by sen przebyć i stanąć powtórnie
dłoń bezbronną unosząc jak strunę.


Śnieg jak posąg ramionami trzymał 
chmury kredkę i wychodził świat
długi bardzo jak rzeka lub szyna
w drzewach krągłych jak paciorkach lamp.

Woda ciekła, gdy cedrową arką
jak zabawką - człowiek świat nawiedził
i leżące pod ziemią w letargu
budził rysie, sarny i niedźwiedzie.

Potem palcem wskazującym dotknął
piersi własnej otulonej liściem
i wywołał z niej dobrą samotność
i łzę pierwszą na ciemny policzek.

Ptactwo nieme dotychczas jak ogród
zwolnił z łodzi, kwiat ulepił z mułu
i cień trysnął spod ziemi, gdy w mroku
dotknął nieba szumiącej kopuły.

Świergotał śnieg już prędzej,
góry przenosił i las,
a on oczy dziękczynne jak ręce
wtapiał milcząc w wyblakły czas.

Przerażony zarysem tylko
głębi mocnej, co ciałem targa,
grudki serca zielonym motylom
pozazdrościł zgubiony w barwach.

Nie mógł. Słowem tę przepaść mierzył,
wiosło skruszył o fali skręt,
kiedy w górze jak okręt lub zwierzę
zawarczała smolista brew.

Zwarte czoło jak proporzec podniósł,
a już grom szedł po dźwięcznych kamieniach
i z łaskawej podawał mu dłoni
słodki napój i tym go napełniał.

Po raz pierwszy ramion dwojga ster
ciął powietrze bluźnierczo, i nogi
jak łuk bramy zaryły się w krę
ziemi, której zwiastowano ogień.