Od kiedy język mój jak czyżyk 
świergoce, skąpo i od kiedy
ręka brzemienna w piśmie le'ry
jak kłos na skibie - obłok chyży
przechyla się krawędzią lśniącą
i niebo giętkie dając oczom
powiada:
codzienne dzwony w blasku pieją,
truchleje w ziemi nasion wstęga,
bo dłoń człowieka w przerażeniu
jest niby noc lub marmur ciężka.
I ty podobny losom roślin
daremnie patrzysz, barwy łowisz,
bo tylko nam, nie człowiekowi
dany jest wieczny, wolny pościg.

Od kiedy stół przede mną martwy
spiętrzył się groźnie, niebo zakrył
i w szkle błyszczącym śpi atrament
jak morza kropla lub cień wargi,
od kiedy pióro snem niedbałym
dotknęło dłoni śpiewną mową,
toczymy z sobą ciemny dialog:
śmiertelny ja i wieczny obłok.


Gwiazdy niejasnej prowadzony wzorem
po napój sięgam i jadło.
Który ognistą koronę
na czoło sczerniałe kładziesz,
nad rąk pochyłością senną
innego nie buduj domu,
jeśli nie zdołasz z kamienia
głosu ludzkiego wydobyć.
Który przeczuty choć ciemny
nad wodą dymiącą stałeś
nie schylaj nieba ku ziemi
jak ptaka schylasz nad gałąź,
nie wódź nas dźwiękiem i rzeczą
i barwie pióro świecące
odejmij - jeśli twa wieczność
łunę zapomni i pocisk.
Po napój sięgam i jadło,
który daleki niebu
znaki tajemne kładę
i kamień dzielę od chleba,
zabierz mi snów kwiecistość
i w węgiel zamień mą pracę,
jeśli jak gwiazda kosmiczny
wiekiem niewdzięcznym pogardzę.