Od kiedy język mój jak czyżyk
świergoce, skąpo i od kiedy
ręka brzemienna w piśmie le'ry
jak kłos na skibie - obłok chyży
przechyla się krawędzią lśniącą
i niebo giętkie dając oczom
powiada:
codzienne dzwony w blasku pieją,
truchleje w ziemi nasion wstęga,
bo dłoń człowieka w przerażeniu
jest niby noc lub marmur ciężka.
I ty podobny losom roślin
daremnie patrzysz, barwy łowisz,
bo tylko nam, nie człowiekowi
dany jest wieczny, wolny pościg.
Od kiedy stół przede mną martwy
spiętrzył się groźnie, niebo zakrył
i w szkle błyszczącym śpi atrament
jak morza kropla lub cień wargi,
od kiedy pióro snem niedbałym
dotknęło dłoni śpiewną mową,
toczymy z sobą ciemny dialog:
śmiertelny ja i wieczny obłok.
Przechodniu, powiedz imię,
a poznamy miejsce
marzenia, które niesie
bezpiecznie i lekko.
Nad nami niebo rośnie
i wspina się w dymie
pozostawiona dalekość.
Były lata nad nami i są.
Ty zabierzesz nieświadomą stopą
pręcik ziemi otulony mgłą,
co nazywa się dla ust tak prosto,
a jest głosem, co zaciska krtań
i wołaniem z samotnego dna.
Nie zapomnisz, bo woda oparzy
wargi pyszne i zadusi kłos.
Kraj ten mamy w oczach jak ołtarzyk
z gajem dymów świecących jak kość.
Twarz ukryjesz. Biodra matki suche
nie wydadzą ziarna, gdyby po nas
wawrzyn zostać miał mały jak uśmiech
i jak dłoń albo serce - historia.
Taka miłóść. Jak kamień przygniata
ręce nasze przebite na przestrzał
ułożone miłośnie na kwiatach
i żelazie bogatym jak wieńcach.
Nie zapomnisz, bo miłość ta
da ci oczy niezwykłe i zmarszczkę
i zobaczysz się, wolny, pod kaskiem
z bronią naszą w twych spokojnych snach.