Ucieleśnię się jeszcze powtórny,
jak rysuję się w lustrze milczący
i znów pójdę jak ręka za piórem
krajem cierpkim, gdzie krzyże jak brzozy
i gdzie ludzie jak czarny różaniec
aemię wiją pod niebem nucąc,
deski smutne radośnie zbijają
zapatrzeni w wysokość jak Chrystus.
Ten sam dzięcioł zastuka mi w konar
i wiewiórka jak ręka smukła
przemknie dołem, gdzie ciężko na modrej
dłoni liścia - leniwy skorupiak,
ten sam głos mnie na progu powita
i powietrze rozchyli jak bramę,
i ta sama otworzy kobieta
pismo moje jak trudny ornament.
I powtórzę z pamięci jak dzisiaj
szyn sprzężonych podwójny bieg,
miasto świateł soczyste jak wiśnia
i fabryczny, zdyszany szept...
Każde imię odcrytam z powietrza,
każdą rzecz oczom podam jak niebo,
więc już złudę i sen ucieleśniam
w ciemnym żalu pytając - dlaczego.
Nie odwrócę się już i nie cofnę.
Własnym śladem odmierzę czas,
jak się groby odmierza pod sosnę,
jak się ciało odmierza od zmierzchu.
I zostanę nad szklanką już wieczny
snem niekształtnym mierząc od gwiazd.
Wieczorny szatan monetę zimną
ważył na dłoni...
Parzyła izby zamieć świeczek,
kiedy śmieszne figurki zatargały jak w dzwonnicach sznurkiem,
uniosły stopy na bojaźliwy centymetr -
nie mogły odlecieć.
Wplatał lepkie palce w oczy śnieg,
no i szeptał, uporczywie szeptał;
szatan załkał w szubienicę jak w flet
i rozwiesił płacz w drzewie jak szkiełka.
Więc choinka. - A na sznurku pajacyk,
kolędować Małemu, niech krzepnie,
pójdź - złóż dary - nie wystarcza popatrzeć -
drzewko smutne, a u ciebie świece.
Lulajże w powrozie, lulajże na haku,
niech się wyśni obrus biały i błyszcząca jodła.
Szept przygarnął - z tego szeptu twój opłatek
i ojczyzna ciemniejąca w nagłych gwiazdach z ognia.