Znowu drobniutki świergot
gałęzi jak śniegu leniwej
i twarzy białej lusterko
w obłoku włosów sennych,
spada dzień jak złocona śliwa,
a my ciągle przez zamieć idziemy
z cieniem prędkiej młodości za ręką.
Deszcz wiosenny kuleje w powietrzu
i spryskana obłoków łąka,
a my jeszcze ściśnięte pięści
jak karabin dźwigamy po bokach.
I gdy wiatru zawiły flet
stado rybne w rzece roztrąci,
jak do strzału składamy brew
wciąż zdziwieni, nierozumiejący.
A gdy chmura wypukłym hełmem
błyśnie w słońcu i koloru grot
niby tęcza przystanie znienacka,
wtedy w piersi jak w nawie kościelnej
ciężkie serce jak brzemię plecaka
schyla ciało i myli nasz krok.
Znowu głos przywołuje
i słonecznik instrument skręca
nad pejzażem wtulonym w niebo,
a my ręką jak żuraw nad studnią
pochyloną nad mroczną pamięcią
powiadamy: nie można, nie trzeba.
Z domów białych, zakrzepłych jak z lodu
kwiat olbrzymi jak z dymu się wspina
pod zielony obłoków pierścień
a my czoło poryte przez młodość
odwracamy, gdzie bliska ojczyzna
grom wygasły jak krzyż czarny niesie.
Jestem tutaj, ot, niedbały
pewnie, że większy od ważki, ale znikomy wobec
cienkiego dymu, co ma kształt zapałki
nad malinowym moim domem.
Za mną, nikłym, słońca pięta
tropi wiernie, i niebiosa
jak powieka odemknięta
kuszą smutnie, bym pozostał!
Próg mnie więzi, zwiera szczęki:
tylko tutaj - oznajmia - bądź
jak ja martwy i ciągle niewielki
choć i we mnie jest jasność i noc;
nie poradzisz rzeczy zuchwałej
kiedy serce trwożliwe kląska,
zostań, pozwól, niech kocha ciało,
choć grom jeszcze krwawe ma dziąsła
i uparcie innym nuci - lulaj;
lecz ty, popatrz - pogodne światła
nad planetą w istocie malutką
zataczają się sennie jak wiatrak.
Księżyc biały uderza skrzydłem
i dom jasny, w który patrzysz teraz
przywołuje: sen jest twą ojczyzną -
a najtrudniej sennemu umierać.