Ogień nieziemski pod łukiem bramy
wspiętej wysoko jak dzwon lub ołtarz,
łuna ofiarna jak gałąź złota
spływa na głowę chłodną w konaniu -
zaśpiewajmy Mu, zagrajmy,
czekaj martwy na ulicznym posłaniu.

Krętych chmur stoi wieniec bogaty,
liczne dymy z miast ojczystych wołają,
a twe okno jak gwiazda maleńkie
nie przytuli do firanek białych;
i nad włosem zgiętym jak kwiatem
znów zahuczy śmiertelny metal -
zaśpiewajmy Mu, zagrajmy,
ach, uboga stajenka, lecz piękna.

Z lewej mur, z prawej cegła - i wszystko.
Jeszcze granie dalekie żelaza
i na piersi człowieczej złe pismo,
a to dar, a to ofiarna moc,
co do ziemi przechyla i każe
słuchać głosu jak echa wśród zmierzchu,
gdy zanika i wiedzie je leśny
obłok ciemny jak ziemia - bez gwiazd.

Ciemność przecież najlepiej kołysze,
w niej dostrzeżesz te ognie prędkie,
co z czerwonej na piersi kropelki
lecą wiotko, witają Twe przyjście.
I choć bydląt tu nie ma ni siana
to ulica darami usłana:
marmur kruchy, wapno i smoła,
ach, uboga stajenka, spokojna.

Niby gwiazda prowadząca ku źródłu
spłynie gołąb laurowy na nią
i zamienią Ci wówczas krwią rudy
kamień płaski na białe posłanie -
zaśpiewamy Ci smutny, zagramy:
w płytkim żłobku - nieopodal twej bramy
w Betleemie - narodziło się Dziecię.
Cierń na włosach, cierniowa koszula
i przebite nogi i ręce;
lulaj, lulaj.


W kantylenie macierzanki zapach
uśmiechniętych nocą wodził chłopców,
jak w legendzie chodzili w zaświatach
pod oknami czarnymi dla oczu.

Nad głowami nocy złoty jeż,
księżyc w włosy się wtopił jak wianek,
nie wiedzieli - czy noc to, czy wiersz -
gubiąc głosy jak trzciny rozchwiane.

A w latarniach z trudem się chodzi
w jakimś innym rozłożystym świecie,
pod oknami czarnymi młodzi
w zasłuchania jedwabistej sieci.

Węzły powiek tak bolą zaciśnięte mocno,
nawet nie wiem - czy sen jest, czy próżnia pod nimi -
i wyrastał na nowo wędrującym chłopcom
zapach kwiatów na oczach pod oknami czarnymi.

Uśmiechów rzewnych szelest
zapadał w nich jak w otchłań,
jeszcze śpiewu było za wiele,
by się milczeniem spotkać.

Zawikłany powietrza deseń
rozdzierali rękoma ślepców,
jakże mogli inaczej przezeń,
jakże mogli go nie czuć?

Gwiazdy płynęły zewsząd,
w locie wiły swe gniazda,
noc otwarta jak wieczność,
noc ogromna i płaska -

Jak w legendzie chodzili w zaświatach,
wiatru zamieć po twarzach jak deszcz -
w kantylenie macierzanki zapach,
w kantylenie złowrogość nad nimi -

We śnie szli, a myśleli, że w latach,
nie spotkali nikogo pod oknami czarnymi -

- dziwna rzecz.