Pusty po tobie powietrza słup
oczy mi mrozem przekłuł;
dochodzi do mnie świergot twych stóp
gołębich: szelest
sukni najlżejszy, korali dźwięk
okrągły, nikły jak dzwonków pęk
u głowy twojej w kościele.

Ze snu powstaję i cieniem rąk
nierzeczywistych dla mnie i trudnych
szukam oddechu twojego. Skroń
zgina mnie ciężka jak kamień - i
widzę przez oczy, które mróz przekłuł:
ciało twe drobne tuli się w trumnie
w chłodnej koszuli jak w śniegu.

Rozumiem teraz błyskawic syk,
wołanie kwiatu, gdy pryska w twarz
kolorem silnym, i garstkę śpiewu
w krzaku pobliskim ciemnym jak głaz.
Lecz język wtedy martwy był. Nie mógł
odczytać pisma, które u powiek
nosiłem niemy światłu podobne.

Kto wzywał ciebie miłosną tak,
że ręką zimną, senną jak plusk
odwiodłaś świat ten? Godzina inna
była i inny księżyc się kładł,
sen gęstniał wonny, więc w oczach rósł,
zagarniał usta. Ciało jak linia
proste zostawił... Kroplami żal

świec sinych pada i stopy parzy
bezradne, kruche w pościeli tej.
Twarz moja ciemna - noc na mej twarzy
wilgotna, czujna jak z tobą w śnie.
Kto głosem wzywał z ciemności nagłej
i wywiódł ciebie z miejsca miłego,
ciało otworzył i na dnie skały
ziemskiej zostawił? -

Wysoki świat
leży jak słońce ślepe na brzegu
chmur spadających. I dudnią dna ,
wód po kamieniach z lawy i srebra,
z komet chodzących świetlisty łuk
tęczy zawisa lekki jak brew
i jak muzyka toczy się huk.

Podziemna przestrzeń wyrasta z głębi:
drzewa jak ryby, skały jak bór,
szumi jak rzeka zielona węgiel,
bryła otwiera usta do krzyku,
spada gwałtownej ciemności nurt
po mchach żelaznych, grzybach krzemiennych
i noc kołysze głuchą muzyką.

Dla mnie, dla ciebie, dla wielu z nas.
Ty tylko szmer ten pojęłaś szybciej
i wiesz, dlaczego chmur chwiejnych maszt
nie ma krawędzi i czasu nie zna,
a człowiek milcząc śpiewa jak skrzypce,
dłonie złamane śmiesznie wytęża
i czeka nogą szukając dna.

Chwilą to nazwij albo strumieniem
kolorów wszystkich i woni świeżych.
Jak pejzaż przeszło obok milczenie
i stoję: w oczach łamie się tło,
niebo faluje krótkie przez rzęsy
i znowu nie wiem patrząc w to miejsce,
jakie w nas struny wyschnięte mrą.

Podwoję ilość imion daremnych,
uśmiech przypomnę srebrny jak sierp
i nad parzystym widmem twej ręki
oczy zawieszę czarne od świec.
Ale czy dojrzę, ale czy chwycę
ten dźwięk, tę nutę wybraną z mrozu,
co pada za mną i truje liście

drzew jak posągi rżnięte w złej zorzy?
Pod słońcem małym dogna mnie tchnienie
z jarów śmiertelnych; - stuloną dłoń
położę wówczas w nagim strumieniu
tych niepojętych wołań za mgłą.
Ale czy znajdę światłem przebity
tę chwilę skąpą, jak okno wąską,

kiedy widnokrąg podobny szybie
sunął pod chmury perłowy łoskot
i wiódł falistą sukni twej kroplę?
Dochodzi do mnie powtórny sen:
jak witraż fiolet u twoich stóp
i ciało czeka chłodne i proste
nocy, o której tak mało wiem.


I

Wywołany z przestrzeni ciasnej,
gdzie głuche czoło chmur, a na nim słońca bruzda -
wspominam ziemię świetlną: był
pienisty nieba ślad nad głową prący płasko,
wiatr jak mozaika różny w jeziorze się zanurzał,
na rzekach ryb dzwonienie, a nocą ryba gwiazd
wygiętą niosła płetwę poprzez roślinny czas.
Człowieczych głosów drzewo szumiało snom mym prędkim:
był ogród, a w nim dom o dachu niby miedziak,
w ogrodzie stały kwiaty w kolorach jak kredki
i często tęczy gmach jak pióro lekki leciał
i często snom przychylny puszysty śniegu las.

Pytałem wiele razy jasności, co nade mną,
o żywot wszystkich rzeczy, które w wspomnieniu są.
- Ten dom - mówiła jasność - o dachu jak pieniądz
i drzwiach jak płomień rudych przy ścianie, ten dom
zamyka twe bogactwo pod cieniem obłoku,
zdobyte trudnym słowem i oddane śnieniu.
Więc mowa jego jest prosta i pełna milczenia
jak światło szyb złotawych i ciężkich jak z miodu.

A ogród? - Ogród - powiedz - czy pozostał tam
ten sam, gdzie dzieje moich roślinnych przyjaciół
stawały w ogniach wrących o śpiewnych imionach.
- Pozostał nadal wierny, a gdzie kwietnik stał,
przemawia dłonie wznosząc, dzwoniąc jak łańcuch
twój klon - o twarzy smutnej i wiatrem spienionej.
Nie pytaj, dziecko światła, bo daremne jest
wołanie ust sczerniałych, wygiętych jak krzyżyk
ku ziemi tej, ku drugiej ziemi, gdzie nie liczą łez
i włos jak z rtęci żywy za most starczy stopie.
Nie pytaj. Wśród błyskawic zapomnisz szczęśliwy
i tu spojrzeniom lekki wzniesiesz tęczy gmach,
i sny pomieścisz łatwo, choćby w dłonie obie.

Niewdzięczny - w domu twoim królestwo nietrwałe
obrazków, gdzie księżyce i stołów, i krzeseł.
Tu słońce pulsujące jak skroń twa spotkałeś
i ziemię cienia. Na niej - do nóg twoich przęseł
podchodzi on łagodny i skrzydłem przyzywa,
językiem, co muzyczny - po oczach ci wodzi.
Zapomnij tamtych imion. Szeleści igliwie
nocy rozległej bardzo i prąd
ptaków lecących ku gniazdom przez niebo ruchome i grom
w świergocie gwiezdnym przechodzi.

- Jasności mocna nade mną - mówiłem - wyrzekłaś: zwierz
i skrzydło, i język, i jeszcze - oko i gniazdo, i ptak.
Nie, nie zapomnę tych imion; wszak i tam dane są: więc
zwierz był domowy i leśny, groźny lub cichy; a płacz
ptaka poznałem najwcześniej i skrzydeł białych sierp lotny
w powietrzu bardzo przejrzystym, jak błysk lusterka lub
kruszcu,
jasności jedna jest pamięć, daremna pamięć mych kroków
wciąż wracających uparcie, stopy raniących o muszle
drzew nad stawami - o ścieżki puchem powietrza znaczone,
łąkę rzuconą ostrymi kwiatami do góry jak bronę,
o echo orkiestr chłopięcych, słowo człowieka, o uśmiech...

II

Słychać wołania z przestrzeni, która się Ziemią nazywa,
lecz wiele słychać posępnych.
Smutny przechodzi nad nimi jak kondukt ciemny krajobraz
i wtedy krzyk się podnosi ciężko jak ramię wiatraka:
o nocy, nocy niedobra,
oto zamiera w nas tętno,
daj zmiłowanie. O słońce
święte - żegnamy cię - w ptaków porannych kołatkach.
I drugie głosy nieznanych drżą nad świetlistym oparem.
W nim to zarysy kształtów, usta płomienia wypukłe
i sierść pagórków zjeżona, księżyc o twarzy zatartej,
profil nizinnych mgieł, pługi malutkich miast,
i las szeroki na łunie, i wiatr brzęczący jak drucik.

W nim to - nieprzenikniony - zegary huczą okrągłe,
parska wagonik pękaty, gwiżdże oliwa i para,
biegną stłoczone ku niebu domy ogromne jak stogi,
rzeka barwiona niebiesko mosty wygina na barkach,
ślepe maszyny kołami toczą przed sobą przestrzeń
i ta opada na wzgórzach lub drogą w ramionach kaskad
drzewnych przystaje. Białe wychodzą procesje
z jaskiń gotyckich o wieżach ze śpiewu, woni i światła.

Nie tutaj - jasności obca - gdzie żal mój nie zbawia, a snu
nie znają twoi synowie z innych poczęci brył,
nie tutaj - chłodzić ramiona wieczne a ziemskie na pół
o kwiaty jakich t a m nie ma... Był ogród, w ogrodzie był
dom mój jak trawa spokojny i co dzień otwarty wołaniu
czterech stron świata. Lekki
podnosił rano go opar, że świecił silnie jak diament
pod tęczą rzuconą niedbale na kwiaty w kolorach jak kredki.
Tam czas pomarszczył groźny bezsilnej dłoni dno
i owoc ziemski podał głodowi ciemnych warg,
jak liść znalazłem serce w mej piersi - i ten głos
przyzywa znowu ostry i woła mi: to kraj
ojczysty twoich źrenic, w których pomieścisz pamięć
czerwonych dłoni brzasku i czarnych dłoni nocy.

Tu śpiew ci był poduszką, kołyska na kolanie -
O, tyle już spadło niechętnych, suchych powiek
na obraz ten: wychodzi
nieśmiała drobna postać, a drzwi są ramą barwną
i suchy srebrny włos, i srebrny wiatr u głowy,
i szara kropla smutku na uchylonych wargach,
i ręka ucząc syna prawd ciemnych i prostych
opada nagłym pluskiem bezsilna na włosy,
na czoło otworzone jak niebo zdarzeniom
i drży, gdy czas wskazówką cios wymierza ostry.
Przypomnij, jeszcze ciepłe na oczach spojrzenie
i spływa po powietrzu miękka lilia głosu,
wodnistą smugę znaczy i imię układa.
Niewdzięczny, ach, niewdzięczny - to była twa matka.

Są dźwięki, których nie znasz, a które ukryte
dla uszu twoich wyschłych o miłości uczą.
Pochyla się nad kartą zapisaną czarno
pochmurna krucha ręka i wśród ciężkich liter
wpisuje wiedzę życia i nietrwałość ludzką.
A głowa niczym ptaku zwisła wątło w barkach
jak gwiazda zawieszona ku nocy się skłania,
gdzie krawędź odpoczynku, zapomnienia pieśń.
Pamiętaj - jedna tylko jest pamięć kochania,
bez niego oczom pusto i na piersi lęk.

Lecz znasz go, synu. Pusty dzwon w kopule
jak język najboleśniej na sznurze się zwijał,
gdy miejsce twych umarłych uderzone kulą
słoneczną kulą wyszło naprzeciw powitać
jak gałąź obłamaną rękę ranną w locie,
co płomień miała w sobie i chłód nocy wartki;
jak drzewa gięte stoją i plamią złe kartki
litery opuszczone. Tak, to był twój ojciec.

Jasności - zawołałem - nienawistny dzień
przechyla wagę słońca ku sercu mojemu.
Bez trwogi żywot skąpy. Tu - nie chodzi śmierć
w jaskiniach żółtej trawy, pod konarem grzmiącym
i śpi spokojnie gwiazda z szponami na oczach,
i z domów płynie cisza okrągła jak dźwięk.

Jasności - niech się chwila straszliwa powtórzy,
bom słyszał koci pomruk rzeki, którą tam
wpatrzeni w stare książki nazywają Styksem.
Słuchajcie, o szczęśliwi. W powrotnej podróży
pójdziecie bez witania, bez anioła nawet,
choć mówią: uzbrojony blaskiem będzie stał
o skrzydłach niby z zawias ciężkich i uściśnie
radosnego wybranego. - Przebyłem, poznałem
noc tak pustą jak serce trwożliwych,
gdy dzwon jak usta Boga nad snami ich krąży;
i w pianie mego ciała chodziłem jak w grzybie
po zboczach pustych winnic bez serca i głosu.

III

Ponad marzeniem, ponad trwogą
tu skronie rosną w piórach krętych
i ponad chmurą niosą nogi
znieruchomiałą obcą strefą.
Przestrzeń ogarnąć, może zgubić,
ciszę pozyskać, stracić ciszę -
już nie usłyszę śpiewu ludzi,
jeśli śpiewają - to na przyjście.

Falują gaje snu wiecznego,
zwierz na pół anioł, na pół ptak
schyla źrenice nad przejrzystą
wodą pamięci. Z dalekiego
fletu, co zgięty w księżyc łka
odchodzą nuty jak postacie
i odwrócone twarzy liście
świecą w ciemności niby kra.

I zostawiony lśnieniu temu,
które jest grot, ale i sen,
nie wiem, com zyskał, a com stracił.
To tylko: dom mój jak spod hełmu
ze słońca patrzy w ogród, gdzie
na palcach wspięte stoją strome
kwiaty poczęte z barwnych brył -
I znowu pamięć otworzona.
Wspominam ziemię świetlną: Był...