Nad smugami karawan
chodziła jasna nowina -
powiła Smutna Panna
Żałobnego Syna.
Śpiewali Mu, śpiewali ochoczo,
pastusze melodie skakały jak deszcze,
grały królewskie korony
i palmowe grało powietrze.
Śpiewali Mu, śpiewali
cherubiny zwłaszcza w długich piórach
krągłą ziemię chylili nad Małym
i rączkami ją we śnie otulał.
Ale niedługo potem
zaczęło w górze straszyć
i za stajenką poruszali grzechotką
z armat buczących i maszyn.
I zapalili daleko
kilka krajów czerwoną łuną,
że trzepotał powieką
i spoglądał na Północ.


Znowu drobniutki świergot
gałęzi jak śniegu leniwej
i twarzy białej lusterko
w obłoku włosów sennych,
spada dzień jak złocona śliwa,
a my ciągle przez zamieć idziemy
z cieniem prędkiej młodości za ręką.

Deszcz wiosenny kuleje w powietrzu
i spryskana obłoków łąka,
a my jeszcze ściśnięte pięści
jak karabin dźwigamy po bokach.
I gdy wiatru zawiły flet
stado rybne w rzece roztrąci,
jak do strzału składamy brew

wciąż zdziwieni, nierozumiejący.
A gdy chmura wypukłym hełmem
błyśnie w słońcu i koloru grot
niby tęcza przystanie znienacka,
wtedy w piersi jak w nawie kościelnej
ciężkie serce jak brzemię plecaka
schyla ciało i myli nasz krok.

Znowu głos przywołuje
i słonecznik instrument skręca
nad pejzażem wtulonym w niebo,
a my ręką jak żuraw nad studnią
pochyloną nad mroczną pamięcią
powiadamy: nie można, nie trzeba.

Z domów białych, zakrzepłych jak z lodu
kwiat olbrzymi jak z dymu się wspina
pod zielony obłoków pierścień
a my czoło poryte przez młodość
odwracamy, gdzie bliska ojczyzna
grom wygasły jak krzyż czarny niesie.