Podobno anioł kulawy
wziął go przykro za włosy i sprężynę niewidoczną tknął.
Jak zabawkę, jak brzęczący badyl
zasadził na kilometrze szesnastym.

Potem anielskie wargi otworzył,
długo patrzał
i odjął rękę swą.

Obok wąsatych w kołach wozów,
śmigieł blaszanej trawy,
nad rękami własnymi się mnożył,
zielenią powolną rósł
w głębokiej literze ust
chłopiec przydrożny.

Dzień po dniu go otwierał coraz zawilej i barwniej,
aż rzeczy nazywać począł - aby im w locie sprostać,
a gdy na chwilę go przykrył z rzeki idący cień tratwy -
zobaczył imię swe w palcach i święty ognik we włosach.


Na przystanku tramwajowym jak u studni czeka
apostoł płomienny,
kiedy stopy najłagodniej oderwał od ziemi
policjant o dostojnych powiekach.

Tłum nie widział apostoła, który był obdarty
i modlitwę rwał palcami łapczywie jak mięso -
lecz zastygał pod pałeczką - czerwoną od żaru,
gdy dzieliła sprawiedliwie świat pomiędzy grzesznych.

Skradały się do niej korne
zwierzęta na kołach,
lamy, wilki, płoche kozy -
strasząc apostoła.

Z głębokości wielkich domów
ślepe kraby wyszły
za nim i grzechotały ogony
rude jak lisy.

Spod daszka jak niebo czarnego
patrzał Bóg i w wymiarach je znanych umieszczał.

I apostoł nie był bezpieczny. Ledwie
ujrzał: skowronkowa Agnieszka
wysiadała z sześciennego powietrza.

Po niego.